Whiplash

Spoglądając na tytuł myślisz, że to kolejna ekranizacja Marvela? Nic bardziej mylnego. Przetrzyj oczy bo to jest coś większego.


Jak się dowiadujemy, za tym intrygującym tytułem Whiplash kryję się historią z jaką każdy powinien się zaznajomić. Film jest dziełem opartym na muzyku oraz muzyce jazzowej. Kto by pomyślał. Nie często takie filmy się pojawiają, a już na pewno nie często są tak dobre. Chociaż za jazzem nie przepadam, to moje uszy kołysały się z każdą minutą filmu. Jednak spokojnie, dojdziemy do tego. Bo z początku słychać tylko: stuk stuk.. stukanie

Film mnie porwał od pierwszej minuty, doskonała muzyka. Perkusja od zawsze wzbudzała u mnie podziw, przez pewien czas nawet chciałam spróbować i do tej pory posiadam pałeczki. Jednak brak mi tej zręcznej rytmiki w dłoniach, ale to wszystko znajdziemy w tym filmie. Doskonale pokazuje, że gra na perkusji nie jest czymś łatwym. Droga do sukcesu prosta i krótka? Nic z tych rzeczy. Nim dotrzemy do jakiegokolwiek punktu w naszej karierze muzycznej czeka nas ogrom przeszkód, a pot i krew leje się na porządku dziennym.

Poznajemy historie utalentowanego perkusisty jakim jest Andrew Neymann. W szkole daje z siebie wszystko aby tylko zostać zauważonym przez podziwianego profesora Fletchera. Jest to o tyle trudne zadanie, że wokół sami utalentowani muzycy z racji tego, że to najlepsza szkoła muzyczna. Jednak dzieje się, Andrew został zauważony i przekierowany do boysbandu samego Fletchera. To właśnie w tym momencie zmienia się życie chłopaka, staje się przede wszystkim pewniejszy, ale i zaczyna się prawdziwy koszmar. Profesor jak się okazuję nigdy nie chwali dobrego, a gardzi każdym kto źle mrugnie. Wyzwiska na próbach to normalka. Tym sposobem Andrew rzuca całe dotychczasowe życie w tym i miłosne oraz poświęca się jeszcze bardziej pałeczką aby dojść do pełnego profesjonalizmu jaki jest wymagany przez Fletchera, a raczej tyrana. Jednak pod wpływem wydarzeń i wiecznego niedostrzegania talentu Andrew odkłada swoje marzenia a cała krew i pot okazuję się, że poszła na marne. Metody jakie stosował profesor okazują się tymi negatywnie wpływającymi na ucznia. Tylko Andrew był na tyle zdolny i świadomy swoich umiejętności, że pomimo starych ran udowadnia swoje rację przed nim a raczej miłość i pasję do muzyki.

Film powinien być skierowany każdemu, kto nie kroczy w kierunku własnych marzeń. Udowadnia, że pasja może wiele zdziałać, a każda przeszkoda nas uodparnia na kolejne biczowanie. Cały ten obraz ukazuję, że wcale nie łatwo jest zostać wielkim muzykiem. Co nas podbudowuję to nas niszczy, ale i odwrotnie. Przede wszystkim, dajmy z siebie wszystko, ale nie dla kogoś a dla nas samych.

Przyznaję. Gdy zobaczyłam kto gra główną rolę, myślałam- ba byłam pewna, że film jest słaby. Jak każda komedia z Tellerem. Zaskoczyła mnie jego gra aktorska pozytywnie. Ostatni zbyt często zmieniam zdanie co do umiejętności aktorskich. Chyba po prostu chłopcy dorastają w swoim aktorstwie, a to dobrze bo z chęcią go zobaczę w innych tak dobrych produkcjach. Potrafił przekazać pasję gry na perkusji. Ani przez moment nie było to sztuczne. J.K. Simmons również świetnie wypadł, jednak ten czarny charakter nie został moim ulubionym. Bo jeśli zaczną nam się po seansie śnić koszmary to właśnie z nim w roli głównej.

To co najważniejsze, to o czym piszę od pierwszej linijki. Czyli muzyka jest bez wątpienia najlepsza. W całym filmie to właśnie ona zrobiła na mnie największe wrażenie. Kolejny cholernie dobry soundtrack filmowy do kolekcji. Idealnie komponowała się z każdym momentem w filmie. To ona grała nam na emocjach. O ile krew lała się na bębny w filmie tak w naszych żyłach szalała z każdym dźwiękiem muzycznym jaki mieliśmy okazję usłyszeć.

Czemu tak dobre filmy mają premierę w Polsce dopiero rok po premierze światowej?