Dawny znajomy

Kiedy przeczesuje wspomnienia wakacyjne zawsze wpadam na tego chłopaka. Choć znałam go krótko, bo zaledwie 2-3 dni to tak jakoś wiecie, zawsze jest on i zawsze na tej plaży, a konkretnie z piłką do siatkówki.

Choć było to dawno, to pamiętam jakby działo się to miesiąc temu, no może dwa. Miałam wtedy nie więcej niż 11 lat, w sensie podczas tych wakacji, a nie dwa miesiące temu.

Były to najnormalniejsze wakacje nad polskim morzem. Zawsze jeździłam nad polskie morze, bo lubiłam i lubię. Rodzinne wakacje co roku wyglądały podobnie, budziliśmy się wcześnie rano, żeby jak najszybciej znaleźć się na piaszczystej plaży. Dokładnie 4 dni przed wyjazdem rozbiliśmy naszą plażową fortecę niedaleko boiska do siatkówki. Nie dlatego, że byliśmy fanami siatkówki. Plaża wtedy była zapełniona totalnie. Po kilku godzinach łapania fal i kosztowania słonej wody przyszła pora na suszenie się, opalanie. Zwał jak zwał, strój kąpielowy miał wyschnąć i to najważniejsze.

W pewnym momencie do naszej fortecy podbiło dwóch chłopaków i jedna dziewczyna w moim wieku, czy nie chcę z nimi zagrać w siatkówkę. Wiecie, akurat boisko zrobiło się puste, bo zapaleni siatkarze poszli na obiad. Wiec młodzi chcieli pokazać co potrafią. Jako, że lubiłam grać w siatkówkę zgodziłam się od razu. Poza tym, jeden chłopak wpadł mi w oko. Nie dlatego, że miał fajną brodę. Wtedy raczej nie były one modne. Poza tym, chłopak z brodą podchodzący do 11 latki musiałby mieć zadatki na pedofila.

Trafiłam do drużyny tego drugiego chłopaka, mniej opalonego i generalnie nie tak fajnego. A przynajmniej tak mi się wydawało. Dogadaliśmy się szybko, pamiętam, że czas przeleciał szybciej niż ktokolwiek z nas mógłby przypuszczać. Drugiego dnia powtórzyliśmy rozgrywkę. Było fajnie i sympatycznie. Po kilku godzinach okazało się, że nie musimy grać w siatkówkę by wspólnie rozmawiać i śmiać się. W sumie, po tak długim meczu każdy się już wygłupiał, przykładowo ja wcale nie musiałam grać bo mój kapitan drużyny ogarniał każdą piłkę, ja tylko siedziałam i śmiałam się z przeciwników. To był fantastyczny czas, nigdy nie dogadywałam się lepiej z rówieśnikami jak podczas tamtych wakacji. Pamiętnych wakacji. (Choć nie tak pamiętne jak te z piosenki o Agnieszce) Jednak oni wyjeżdżali dzień wcześniej niż ja, więc nasza znajomość była dosyć przelotna.

Wtedy nie było facebooka, a nawet naszej klasy. Nie mieliśmy komórek, a nikt nie wpadł na to by wymienić się adresem. Nigdy już nie spotkałam tamtego chłopaka. Nawet już nie pamiętam jak miał na imię.

Każde następne wakacje przypominały mi te konkretne. Zawsze spoglądałam w kierunku boiska do siatkówki, szukając tęsknym wzrokiem tamtych znajomych, tego chłopaka. Uśmiechałam się, na samą myśl tych kilku dni, a właściwie godzin. Zastanawiam się, czy gdybym pamiętała imię, czy pomogłoby mi to znaleźć tego chłopaka. Czy gdybym teraz go zobaczyła, czy widziałabym w nim tego sympatycznego małego dżentelmena. A może wtedy czar by prysnął? Pytania te zadaję sobie zawsze, gdy pod stopami czuję piach. Ciekawe, czy już tak zawsze będzie.