Złe mamuśki, czyli kolejna amerykańska komedia

Niczym szczególnym się nie wyróżnia od tych, które regularnie pojawiają się w kinach od kilku lat.

Po filmie nie oczekiwałam zbyt wiele, ale mogliście to zauważyć już kilka słów temu. Czego więcej oczekiwać po typowej amerykańskiej komedii? Było zabawnie, było miło, ale nie brakowało również żenujących sytuacji i nie wiem czemu, ale w tych wszystkich komediach można dostrzec jednakowe chwyty ze strony twórców. Różnią się tylko scenariuszem i grupą wiekową postaci, które występują w filmach.

Dla jasności, sam film miał kilka ciekawych spostrzeżeń na temat życia, w szczególności tego jakie mają młode matki. Tutaj nie można zarzucić przekoloryzowania czy zbyt błahego podejścia do roli matek w dzisiejszych czasach. Produkcja ta poza gdzieś przejawiającym przekazem kryła wiele ciekawych momentów, które ogólnie można odebrać za ciepłe. A te zazwyczaj występują w komediach typowo romantycznych bądź rodzinnych, a tutaj żadna z tych kategorii nie pasuje. Mieszanka zwaną „złymi mamuśkami” miała szansę by przebić się przez pozostałe komedie. Jednak oryginalność ta gdzieś została zatracona, w scenach z rodem „Projekt X” czy może epitetami z „Kac Vegas” czy „Druhny”. Dobra, może niepoprawne jest przykładanie tych filmów obok siebie, ale osoby które obejrzały wszystkie te filmy i recenzowaną produkcją przyznają rację. Twórcy zapewne marszczyli czoła by zrobić coś innego, w efekcie powstała komedia, w której powiewem świeżości jest tylko fakt, że głównymi bohaterkami są zwariowane kobiety. Mamy tutaj do czynienia z Amy- typową matką, która w domu robi wszystko za wszystkich i w biurze, w efekcie wszyscy mają ją w dupie wraz z mężem, który woli się onanizować z kobietą zza oceanu . Kolejna mamuśka to Carla, jest odbiciem Amy, która częściej niż w domu przebywa w barze bądź samochodzie z nowo poznanym „ideałem”. W życie swojego dziecka nie angażuje się, bo szkoda jej czasu i zachodu. No i na sam koniec pozostawiam Kiki, która w życiu nie robi nic poza wychowywaniem rozpieszczonych klonów swojego męża, a te nie robią niczego poza wchłanianiem jej energii. Co tu dużo mówić, mieszanka wybuchowa. Jednak już na początku można odkryć, że gdyby tylko te mamuśki powymieniały się cechami to wszystkie byłyby spełnione na tym etapie życia i właściwie do tego dąży film, każdy człowiek wraz z poznawaniem kogoś zupełnie innego może czegoś się nauczyć, tak jest w przypadku tych trzech kobiet. Punktem najważniejszym okazał się bunt i walka o sprawiedliwość Amy zarówno wobec siebie jak i swoich dzieci. Nie wiem który moment mógłby być określony jako najsłabszy, ale motyw walki fajnej babki a kobietą z piekła rodem był wykorzystywany już niejednokrotnie. Z tego też powodu twórcy postanowili zrobić coś w rodzaju parodii Sparksa, tylko bez tej nieszczęśliwej części i zbędnych łez jakie wtedy mogłyby wystąpić.

Oglądając „Złe mamuśki” dostaliśmy komedię z dorosłymi kobietami, które na kilka dni zamieniły się w nastolatki przechodzące okres buntu. Wódka lała się litrami, a obowiązki domowe albo olewały, albo wykonywały lecz w dość nietypowy sposób. Trochę mnie przeraża, że amerykańskie komedie cechują się taką wulgarnością, tak jakby nie było szans by zrobić coś zabawnego bez tego? A może to używanie życia przez matki(którym niby nie wypada) miało pokazać, że każdy ma prawo niezależnie od stanu i ilości dzieci.

Jeśli chodzi o dobre cechy filmu to trzeba przyznać, że aktorki wcielające się w główne role dobrze zagrały. Mowa tutaj o Mili Kunis, której nie życzymy podobnych przeżyć w prawdziwym życiu. Kathryn Hahn, która przyzwyczaja nas powoli do tak skandalicznych ról. Kristen Bell, która tym razem nie zaczarowała widzów swoim pięknym a ogólnie aktorstwem. No, a poza tym wspomnianym idealnym trio trzeba wyznaczyć Christine Applegate, która była niezastąpiona w roli „idealnej” matki. Jon Lucas i Scott Moore znani z tego typu produkcji musieli czuć się jak ryby w wodzie, jednak tym razem nie było tak zaskakująco dobrze jak w przypadku innych komedii. O ile można mówić o tym gatunku w ten sposób.

Film, choć obrazuje to w słaby sposób to pozwala dostrzec, że rola matki jest najtrudniejszą z jaką zmierza się kobieta w ciągu życia. Nie ma podpowiedzi, które sprawdziłyby się w każdej rodzinie. Jednak mimo wszystko, ten film przypomina każdemu widzowi, że nie doceniamy najważniejszych osób w naszym życiu-matek. Śmiałam się w momencie, gdy ktoś gdzieś napisał o tym, że film byłby idealny na Dzień Matki, jednak teraz wiem, że ta osoba się nie pomyliła. Owszem, te pikantne i żałosne sceny odbierają nam szansę na wzruszenie się całą prawdziwą historią, ale w gruncie rzeczy może to dobrze?