Cloverfield Lane 10: gdyby nie ta końcówka

Czasem mamy do czynienia z produkcjami, które początkowo nie wzbudzają naszej ciekawości, ale gdy skusimy się i obejrzymy to wrażenia całkowicie różnią się od oczekiwań. Tak też jest w przypadku Cloverfield Lane 10, filmu który raczej nie zostanie okrzyknięty hitem roku, ale oglądało się dobrze.

Michelle kłóci się z chłopakiem, a skutkiem tego jest jej ucieczka. Pech chciał, że w jej czasie jest uczestniczką wypadku. Budzi się w pustym pokoju w samej bieliźnie przykuta jak więzień. Jest przekonana, że została porwana przez tajemniczego mężczyznę Howarda, który nie chce jej niczego tłumaczyć. Po czasie okazuję się, że nie jest on odpowiedzialny za porwanie ją a uratowanie przed atakiem chemicznym.

Oglądając film wcielamy się w samą Michelle. Nie ufamy człowiekowi, który twierdzi, że poza bunkrem nie ma życia. Niebezpieczne jest wychodzenie jak również wpuszczanie ludzi z zewnątrz. Jak twierdzi przeżyli nieliczni i to żyjący tylko w takich bunkrach jak przygotował on sam. Emmett bo tak nazywa się drugi mężczyzna, który został ocalony dzięki pomysłowemu przedsięwzięciu Howarda początkowo również nie budzi zaufania Michelle ani naszego, jednak po kilku dniach, tygodniach zaczynają obmyślać wspólny plan, który wydawałby się jedynym słusznym rozwiązaniem w takiej sytuacji. Howard pomimo dobrych chęci nie potrafi udowodnić, że to co mówi jest prawdą. Większość filmu wierzymy, że jest on tylko zbzikowanym człowiekiem, który swoje dobre lata ma dawno za sobą.

Film pomimo faktu, że jest raczej pomijaną produkcją ma bardzo przyjemny klimat. No co jak co, ale w podobnym przypadku to chcielibyśmy żyć w takim bunkrze. Owszem, zawsze byłoby miło gdybyśmy to my sami z własnej woli udali się do tego cudeńka i nie musieli polegać tylko na dziwnych opowieściach człowieka, który od początku robi wrażenie wrednego samotnika aniżeli przyjaciela.

Film ma swojego poprzednika, jest to Cloverfield z 2008 roku, jednak to było coś przeciętnego a po hucznej premierze słuch o nim zaginął. Inaczej możemy powiedzieć o tańszym filmie, który tylko trochę podczepił się pod niby znaną markę. Tak naprawdę jest to skromniejsza i przystępniejsza forma, która po obejrzeniu zostawia w nas bardziej pozytywne wrażenia. Zamiast natłoku efektów specjalnych mamy do czynienia z pełnokrwistym thrillerem z prawdziwego zdarzenia. Zdecydowanie film przypadnie do gustu fanom „filmów o porwaniu” bo tutaj większość filmu wierzymy, że naprawdę Michelle jest uprowadzona.

Strzałem w dziesiątkę okazało się zamknięcie bohaterów w czterech ścianach. Fakt ten idealnie łączy się z postawieniem na ich rozbudowaną psychologię, a ta jak wspomniałam wcześniej była efektem zachowania Howarda i jego dość skąpej opowieści o aktualnym stanie rzeczy poza bunkrem. Poza tym, dlaczego on akurat przewidział taką sytuację? Musicie przyznać, że nie dało się zachować inaczej w takiej sytuacji, bohaterowie idealnie pokazują jak każdy z nas zachowałby na ich miejscu, bez wyolbrzymiania spraw i naiwności, która często jest towarzyszy bohaterom filmowym.

Oglądając „Cloverfield Lane 10” możemy mieć wrażenie, że akcja filmu toczy się w momencie trwania zimnej wojny. Bunkier wygląda jakby został zbudowany i urządzany kilka dekad temu co dodaje jeszcze uroku. Kasety VHS, stary telewizor czy szafa grająca puszczająca muzykę z lat 50. Jednak to nie sam scenariusz i idealne tło całego filmu może być powodem, dla którego film ogląda się przyjemnie. Wybór aktorów zdecydowanie wpływa na korzyść i choć John Godman do tej pory kojarzy mi się z pozytywnymi postaciami tak w roli dziwaka skreślającego cały świat odnalazł się dobrze. To również dzięki temu możemy przymknąć oko na niedociągnięcia pozostałych lecz nadal dobrych aktorów: Mary Winstead i John Gallagher Jr.

Film jest dowodem, że nie zawsze więcej to znaczy lepiej. W porównaniu z wcześniejszym ‚Cleverfield’ wypada o wiele lepiej, pomimo mniejszego budżetu i powrotu do normalnego ukazania pewnych zdarzeń. Jak dla mnie końcówka produkcji jest czymś zbędnym a zarazem czymś, przez co wielu widzów zaniży ocenę filmu. Jednak gdyby wyciąć same beznadziejne zakończenie a resztę zostawić tak jak jest to byłoby blisko idealnego thrillera. Brawa dla Dana Trachtenberga.