Światło między oceanami: konsekwencje wyboru

Wystarczyło zobaczyć zwiastun by dostrzec, że film będzie wyjątkowy w swoim rodzaju. Po seansie nie zmieniłam zdania, film był dobry i z chęcią wrócę na wyspę Janus w towarzystwie tych bohaterów.

Tom Sherbourne przyjmuje posadę latarnika. Po ostatnich latach samodzielna praca na wyspie wydaje mu się jedynym rozwiązaniem. Po kilku miesiącach dostrzega uroki wyspy Janus i pracy latarnika jednak pomiędzy tym wszystkim pragnie dzielić swoje szczęście z drugą osobą. Gdy poznał Isabel nie spodziewał się, że to ona będzie towarzyszyć mu w najważniejszych momentach w życiu. Ślub i sielanka tuż po nim zostaje zaskoczona tragicznymi wydarzeniami, z kolei te są powodem by podjąć najtrudniejszą w życiu decyzję.

Film ma w sobie wszystko to co lubię. Miłość, ciekawą historię i widoki, które zapierają dech w piersiach. W trakcie filmu nachodziły mnie różne myśli, przede wszystkim takie związane z posadą latarnika. Czy byłabym w stanie poświęcić się by żyć w samotności? Oczywiście historia ma miejsce w okresie, w którym społeczeństwo jeszcze nie ma pojęcia, że za kilkaset lat będzie internet i natłok przeróżnych informacji. Zakładam, że o tyle łatwiej byłoby podjąć taką decyzję kiedyś aniżeli teraz. Z drugiej strony jak wielu z nas mówiąc o marzeniach wymieniło posiadanie własnej wyspy? Oczywiście bohaterowie filmu nie mieli ją na własność, ale z drugiej strony żyli sobie na niej jakby tak było.

Derek Cianfrance był bliski stworzenia produkcji, która byłaby ideałem. Co jak co, ale smutne historie i te o miłości nieraz to toksycznej biją rekordy oglądalności. Przed seansem nie miałam pojęcia kto stał za scenariuszem i reżyserią jednak były momenty gdy widziałam podobieństwa do jednego z moich ulubionych filmów pt. Blue Valentine. Wyobraźcie sobie zatem jak zaskoczona byłam czytając nazwisko Cianfrance. Cieszę się jednak, że nie wiedziałabym tego wcześniej, w przeciwnym razie szukałabym podobieństw na siłę.

Film oglądało się dość przyjemnie co już właściwie wspomniałam, jednak mimo to dostrzec można w nim braki. Niekiedy sama historia ratuje produkcje i fakt, tym razem to ona na czele z głównymi bohaterami są czynnikami, które odpowiadają za zadowalający efekt. Jednak mimo ogólnego zadowolenia czegoś brakuje, czegoś takiego co stawiałoby film ponad wszystkie melodramaty jakie mieliśmy okazję zobaczyć do tej pory.

Choć produkcja początkowo nie była przewidywalna i to dlatego można o niej mówić jako o wyjątkowej to z momentem wielkiego kłamstwa powiedzenie „kłamstwo ma krótkie nogi” nasuwa się samo a my widzowie tylko czekamy na moment, w którym zostanie ono odkryte. Michael Fassbender w duecie z Alicia Vikander zagrali niesamowicie prawdziwą parę, a udział Rachel Weisz dopełnił dramaturgię. Nie wyobrażam sobie innych aktorów w roli tych bohaterów. Razem stworzyli bardzo przejmującą historię, pełną morałów i refleksji nad ludzkimi pragnieniami, które to nieraz stawiają nas w trudnych sytuacjach.

Każdy wybór ma konsekwencje to słowa, które miałam ochotę wypowiedzieć tuż po ukazaniu sceny końcowej. Bo w sumie jak to jest, czy własne dobro można postawić ponad dobro innych? A z drugiej strony czy czasem nie mamy prawa by podejmować egoistyczne decyzje. Czy środowisko, w którym się żyje powinno być powodem dla świadomego popełniania błędu? Czy może nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło bo koniec końców można spokojnie powiedzieć, że mimo wszystko każda z postaci zaznała swoje szczęście, co prawda nie takie jak planowali ale jednak. Zakończenie przynosi nie morze a tytułowy ocean łez wzruszenia.