Manchester by the Sea czyli zupełnie normalna historia

Większość filmów, które trafiają na ekrany naszych kin próbują przyciągnąć widza efektami specjalnymi czy pokazem życia kogoś ważnego. A jeśli nie tym, to super ekskluzywnym życiem, które możemy podziwiać tylko w filmach. Jarają nas skoki w czasie lub historie ludzi, którzy zrobili coś dobrego. W tym wszystkim brakuje opowieści, które byłyby normalne. Przedstawiały losy zwykłego człowieka, co więcej osoby, która pozostanie normalna do ostatnich minut filmu. Ta produkcja mnie urzekła niczym innym jak – normalnością. 

Nie zrozumcie mnie źle, lubię zarówno Marvela czy filmy typu Przełęcz Ocalonych, Jackie, ale od czasu do czasu fajnie zobaczyć coś takiego. Chciałoby się powiedzieć do znudzenia normalnego, gdzie problemy finansowe to norma. Manchester by the Sea nie spodoba się każdemu, dla niektórych pozostanie prawdziwym dziełem, ale dla innych naciąganym szarym filmem.

Film opowiada o Lee Chandlerze (Casey Affleck), który wiedzie dość skromne życie w Bostonie. Jest dozorcą i musi znosić różne zachowania mieszkańców budynku. Gdy dowiaduje się o ciężkim stanie brata natychmiast wraca do miasta, które skrywa wiele jego tajemnic, do Manchester. Na miejscu jednak okazuję się, że brat nie żyje a on musi na trochę zostać by dopilnować jego syna Patricka i wszystkich formalności związanych z pochówkiem. Śmierć rodzonego brata, wspomnienia i rola opiekuna bratanka przybija chłopaka.

Jesteśmy świadkiem tragedii Lee, tej z przeszłości jak i teraźniejszości. Główny bohater próbuje postąpić słusznie, jednak w tym wszystkim przeszkadza mu myśl, że jest winny. Była żona budzi w nim lęk przed kolejną wielką porażką. Chce się powiedzieć, że oboje nie pogodzili się zarówno z tym co się stało jak również z faktem, że mają osobne życia. O ile tak można powiedzieć o egzystencji Lee.

Tak jak wspomniałam wcześniej, ten film ma w sobie to coś co czyni go normalnym. Widzimy życie przeciętnego człowieka, który załamał się po wielkiej stracie i nie potrafi się podnieść. Czy opieka nad bratankiem miała być ratunkiem? Powrót do rodzinnego miasta miał sprawić by ten rozpoczął nowe życie? Ewidentnie widzimy, że to życie go przytłacza. Film sprawia, że przeżywamy smutek i żal wspólne z Lee i jego bratankiem Patrickiem, który w życiu też doświadczył wielu tragedii. Tylko ten jak to na nastolatka przystało radzi sobie w zupełnie inny sposób.

Kenneth Lonergan dokonał czegoś niemalże niemożliwego. Aż dziwnie, że dopiero teraz dał siebie odkryć. Wykonać taką przepełnioną emocjami produkcje.. No ja to szanuję. Przeplatanie teraźniejszości z przeszłością jest zrobione z takim wyczuciem, że nie można na to narzekać.

Jednak poza świetną historią zasługą tak dobrego odbioru filmu są aktorzy. Możemy wyróżnić Casey Afflecka, który podobnie jak Kenneth Lonergan zaskoczył wszystkich. Jego sposób mówienia, mimika twarzy czy ruch ciała, te wszystkie elementy idealnie budują przepełnioną smutkiem postać. Możemy to wychwycić zarówno w scenie w szpitalu, kiedy to nie potrafi znaleźć odpowiednich słów do sytuacji, w której musi zmierzyć się z śmiercią brata jak i w pierwszym spotkaniu ze starym znajomym. Możemy to również wychwycić w rozmowie z jego byłą żoną, która też odegrała dobrze te kilka swoich scen. Ogólnie lubię Michelle Williams i po tej roli nic się w tej kwestii nie zmieniło. Jednak już mniej podobał mi się Lucas Hedges w roli Patricka- bratanka Lee. Nie przemawiał do mnie tak bardzo.

Film jednak najbardziej przyciągnie widza tym ciekawym sposobem na odkrywanie kolejnych to tajemnic o bohaterach. Tutaj nic nie jest podane na tacy. W tym filmie nie występują ucięte w połowie wątki, czy te naciągane. Wszystko jest zrobione wręcz idealnie bo z wyczuciem. Film daje nam odpowiedzi na wszystkie pytania, które przyjdą nam do głowy i to w odpowiednim momencie. Tutaj nawet z pozoru nieistotne widoki są czymś ważnym.

Manchester by the Sea to film o ponadprzeciętnym wykonaniu. Zdecydowanie jest to jeden z tych filmów, który ma szansę na Oscara.