Polubiłam Cywilizację V

Gry strategiczne często pojawiały się na moim ekranie. Jednak nigdy nie było to nic z serii Civilization, nie wiem czy to fakt, że jest turowa mnie odrzucał czy te duże postacie wędrujące po mapie. Piątkę kupiłam na sprawdzenie, akurat była promocyjna oferta. Poza tym znajomy często wychwalał mile spędzone godziny przy tytule więc pomyślałam, że co mi tam – spróbuję zamiast skreślać coś, czego nie poznałam. Teraz chce mi się śmiać. Szczególnie jak spojrzę na czas spędzony w grze biorąc pod uwagę, jak krótko ją posiadam. Szczerze mówiąc, to nie pamiętam jaki ostatnio tytuł wciągnął mnie na tak długie sesje gry. Bo ja owszem, lubię trwonić czas przy grach komputerowych, ale zazwyczaj przy krótkich sesjach – czas nieustannego grania przez kilka godzin zdecydowanie minął.

Jednak do rzeczy. Wraz odkryciem jaka ciekawa jest ta gra i jak wiele różnych możliwości ma, postanowiłam o niej napisać. To nic, że nie jest to tytuł premierowy. Nie zawsze to co nas zainteresuję musi być nowością by o tym napisać, tak jest w tym przypadku. Niestety nie porównam piątki do jej poprzedników, ani następców. Zamiast tego będzie to luźna opinia na temat gry napisana przez kogoś, kto zagrał w nią po raz pierwszy i nie szybko usunie ją z komputera.

Sid Meier’s Civilization V 

Na początku nie wiedziałam jak się mam zabrać za grę.. Kogo wybrać, skusić się na dużą czy małą mapę? Rzeczywiste kontynenty czy coś z pozoru łatwiejszego.. Więc odpaliłam losową grę. Jak się okazało gra stwierdziła, że chce zostać przywódcą imperium syjamskiego i kierować Ramkhamhaeng, którego po dzisiejszy dzień wymówić nie potrafię.

Nie wiedziałam kogo wybrać bo nie bardzo zagłębiłam się w informacje na temat gry. Każdy przywódca ma swoje zalety i wady objawiające się w grze konkretnymi cechami. Ramkhamhaeng „Ojciec rządzi dziećmi” ma dodatkowe punkty(50%) żywności, kultury i wiary z sojuszniczych państw-miast. Oczywiście tego wszystkiego nie zobaczymy tuż po osiedleniu pierwszych ludzi. To wychodzi z czasem, my to widzimy z czasem.

W 1278 roku, książę zwany „Ramkhamhaeng” przejął kontrolę nad małym i niezbyt ważnym księstwem Sukhothai. W przeciągu 20 lat, dzięki geniuszowi militarnemu i ekonomicznemu, udało mu się rozszerzyć granice swojego księstwa na duży obszar Azji Południowo-Wschodniej.

Co prawda cytat ten wyszukałam teraz, na rzecz tego wpisu. Jednak przypadkowo podobnie jak sam Ramkhamhaeng rozszerzyłam swoje królestwo na spory kawałek lądów. Zobaczycie w dalszych zrzutach ekranu jakie udało mi się wykonać.

Początki są zawsze trudne

Choć pierwsze decyzje były trudne, a pierwsze produkcje trwały bardzo długo to 400 tur później nikt mi nie zagrażał. To znaczy, nigdy nikt mi nie zagrażał bo nie byłam atakowana. Być może był to zbyt łatwy poziom by sąsiedzi naciskali, grałam na poziomie „wódz”. Z tego co widzę nie jest to poziom najłatwiejszy, ale jest to zdecydowanie coś dobrego na sam początek by poznać wszystkie plusy i minusy gry.

Tak jak wspomniałam wcześniej nie byłam atakowana. Jednak gdzieś po 200 turze cały czas byłam potępiana, być może za działania wojenne jakie stosowałam bez ostrzeżenia. Oktawian August już od samego początku prosił się by zrzucić go z tronu, co dziwne honor i duma nie pozwoliły mu zmienić chamskich komentarzy w stosunku do mnie nawet po chwilowym pokoju. Cwaniak myślał, że nie zorientuje się, że szykuje wojsko przeciwko mnie.. Jednak z taką ilością to mógł zdobyć wioskę barbarzyńców a nie moją.

Cywilizacja, sposób na wyładowanie się po ciężkim dniu?

Nie wiem czy to mój sposób na wyładowanie się, ale swoją grę nie kierowałam na poszukiwania przyjaciół wśród sąsiadów. Tak jak powiedział to człowiek na Titanicu: jesteśmy kowalami swojego losu. Więc nie dopuściłam by stracić swoją przewagę ani na moment, a jeśli stworzenie ataku na swojego wroga musiało przebiegać przez terytorium innego imperium to zrobiłam wszystko co mogłam by je również przejąć. Bardzo często moje społeczeństwo nie było zadowolone z tego działania, a te również nie pasowały do sympatycznej buźki Ramkhamhaeng.

Z drugiej jednak strony wydaję mi się, że pierwsza rozgrywka w grze zawsze musi być tak dziwna i agresywna by poznać tak naprawdę o co tutaj chodzi. Stosunkowo późno zorientowałam się, że warto budować drogi. Stosunkowo późno wzięłam się za ulepszenia i co najważniejsze w epoce współczesności nadal miałam kilku kuszników. Oczywiście to jest zabawne, ale zakłóciłam tym małym szczegółem coś, co mi się podoba w grze. Widoczny postęp wraz z upływającym czasie. Ataki czołgami nie mogą być równane z atakami ludzi na słoniach. Wyobraźcie sobie teraz taką sytuację.

Statua Wolności na Wschodzie? Tutaj wszystko jest możliwe.

Dość dziwne to musi być, ale stworzyłam Statuę Wolności w imperium wschodnim i jestem z tego dumna. Jednak ta chaotyczna pierwsza gra pozwoliła mi zrozumieć, jak wiele możliwości ma gra. Możemy dać ponieść się wyobraźni i stworzyć zupełnie inny świat. A z drugiej strony możemy zobaczyć jakie działania wymaga stworzenie świata, jaki dzisiaj widzimy. Druga rozgrywka będzie skupiała się na tej drugiej rozrywce, która ma za zadanie stworzyć nasz świat. Postaram się zawierać opłacalne dla dwóch stron sojusze i przede wszystkim od samego początku dbać o prawidłowy rozwój poszczególnych państw-miast.

Sid Meier’s Civilization V to gra, w którą możemy grać i grać. Ukończenie imperium każdym przywódcą na każdym poziomie trudności to chyba godziny liczone w setkach. Tak więc spokojnie pogram sobie w piątkę i zakupię szóstkę za około 500-600 godzin kiedy to znudzi mi się tworzenie dziwnych, realnych, agresywnych czy przyjaznych imperium. Jednak udając się myślami w ten czas nasuwa mi się jedno pytanie, czy 6 przyniesie mi coś nowego poza grafiką? Czy może jest to ten rodzaj serii gier, który po prostu nie nudzi się, a tylko złośliwi twierdzą inaczej. Z jednej strony jestem w stanie w to uwierzyć, bo podobnie jest przecież z Simsami. Z drugiej jednak strony zastanawiam się kiedy znajdę czas na inne tytuły jeśli będę chciała śledzić Cywilizację. Jednego jestem pewna, dzięki niej zerwę nie jedną nockę i stworzę jeszcze nie jeden post.