Gwint – wrażenia z bety #1

Czyli kilka słów na temat gry, która podbiła serca miłośników karcianek i nie tylko. Na sam początek chcę tylko zaznaczyć, że nie jest to gatunek, w który gram często. Przeciwnie, miałam okazję zagrać tylko w Hearthstone i był to raczej krótki (lecz intensywny) romans. Podobnie było w przypadku tytułowej gry.

Gwint to gra, która jest tworzona w idealnym czasie. Twórcy nie mogli lepiej wyczuć tego momentu. Okres fascynacji przygódami Geralta z Rivii ciągle trwa. To nic, że ostatni dodatek swoją premierę miał już jakiś czas temu. W świecie gier wideo jest jest to jeszcze bardziej odległy „jakiś czas temu”. Osoby śledzące serię dawno mieli okazję zagrać, dotrzeć do wszystkich możliwych zakończeń, czy perełek niezauważalnych dla przeciętnego gracza. A pozostali gracze też mieli już swoje okazję by nabyć grę po niższych cenach i zobaczyć po prostu – z czym to się je.

W każdym razie Wiedźmin 3: Dziki Gon okazał się idealnym zakończeniem tej serii i mało kto zaprzeczy. Jest to czas, w którym dostrzega się wiele plusów gry i trudno powiedzieć, czy to przez jej dopieszczenie czy może przez fakt, że jest ostatnia i chcąc nie chcąc jakoś to wpływa na ocenę. W każdym razie Geralt z Rivii jest bohaterem, o którym mówi i pisze się wiele. Nic w tym więc dziwnego, że już po zapowiedzi Gwinta wielu fanów zacierało ręce. Co więcej, spora ich część za sprawą Gwinta poznała karcianki, generalnie dostrzegła potencjał tego gatunku. Mnie to cieszy, choć przyznaję, że tuż po rozpoczęciu pierwszego etapu bety internet był przepełniony materiałami z gry. Było to dość irytujące. Co drugi stream był właśnie z Gwinta, wielu dziś znanych nazwijmy to osobistości internetowych wybiło się na grze i po dzisiejszy dzień na samym Gwincie potrafi uzbierać widzów liczonych w tysiącach.

W sumie warto jeszcze dodać aktualnego niusa, bo jakby ktoś w ostatnich dniach nie miał dostępu do internetu to nie wie- powstaje serial, będzie za niego odpowiedzialny Netflix. Czyli warto czekać.

Dość wstępów, przechodzimy do konkretów. Ja swój klucz do Gwinta dostałam już w sumie dawno, lecz wpis o grze odkładał się w czasie i odkładał. Obecnie przeszła mi już fascynacją grą. Powód? Gra nie jest jeszcze ukończona, osoby chcące koniecznie być aktualne w temacie muszą poświęcać sporo czasu na ten tytuł. Cały czas wychodzą poprawki, aktualizacje. A ja nigdy jakoś szczególnie nie potrafiłam skupić się tylko na jednej grze. Przez co też Gwinta nie odpalam często, a jak już to zrobię to na kilka minut. Bo już po kilku minutach orientuję się, że moja niesamowita talia nie jest już taka super jak w momencie, gdy ją stworzyłam.

Przede wszystkim fakt, że twórcy współpracują z graczami jest spoko. To oni właśnie uświadamiają im co jest w grze nie tak jak powinno i to właśnie na podstawie ich gry wiedzą co muszą zmienić. Poza tym faktem kolejnym plusem jest jakby nie było wyróżnienie poszczególnych osób, przynajmniej w początkowej fazie bety tak było. Nie wszyscy chętni otrzymali dostęp do gry, ale osoby, które taki dostęp otrzymały poczuły się w jakiś tam sposób wyróżnione i ich pierwsze spojrzenie na grę było też nieco inne. Ja generalnie nie przepadam za tytułami, które w becie siedzą po kilka lat, ale jest to własnie opłacalne jeśli chodzi o wypromowanie gry. Co prawda Gwint nie miał aż takiego zapotrzebowania jeśli chodzi o zwrócenie uwagi bo tak jak wspomniałam wcześniej, Geralt z Rivii od jakiegoś czasu nie schodzi z takiej top-listy jeśli chodzi o gry komputerowe i ich bohaterów.

A Gwint to po prostu przeniesienie mini gierki z Wiedźmina do osobnej zupełnie aplikacji. Przynajmniej tak mówiło się o grze na samym początku. Wraz z czasem wszyscy zauważyliśmy, że to tylko wspólna nazwa gry karcianej i nic poza tym.

W grze znajdziemy pięć frakcji. Są to kolejno: Nilfgaard, Potwory, Skellige, Królestwo Północy i Scoia`tael. Na samym początku były cztery i to właśnie Nilfgaard jest czymś nowym. Z tym, że w tym przypadku nowe nie znaczy lepsze. Jest to frakcja ciesząca się najmniejszą popularnością. W grze najczęściej natkniemy się na przeciwników grających Potworami bądź Królestwem. Są to jedne z łatwiejszych do ogarnięcia talii, bardzo prosto zbudować swój własny i wyjątkowy plan na ‚wygranie’. Oczywiście, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z tym planem bo przeciwnicy potrafią stanąć na jego drodze. W Gwincie chodzi o to, by potrafić zbudować taką talię, którą będziemy mogli dowolnie zmieniać w trakcie gry. Jeden chwyt nic nam nie da.

Jakiś czas temu popularnym rozwiązaniem w talii z potworów było używanie roju i kart, które je mnożyły. Owszem, zabawnie było tworzyć taką liczbę kart, gra momentami nawet nie potrafiła ogarnąć takiego obrotu akcji. Obecnie twórcy nieco ograniczyli działanie tych kart widząc co robią gracze. To właśnie jest idealny przykład gry, w której twórcy cały czas coś poprawiają by stworzyć grę z możliwie jak najmniejszą ilością „wpadek”.

Jak będzie wyglądała finalna wersja gry? Zapewne zupełnie inaczej niż wygląda teraz. Bo już w tej chwili można wychwycić ogromną różnice jeśli porównamy obecnego Gwinta z tym co było pod tym tytułem przy początku bety. Jestem ciekawa efektów końcowych i zapewne jeszcze niejednokrotnie wrócę do Gwinta. Jest to gra idealna do zrelaksowania się, szczególnie gdy odpalimy Królestwo Północne.